Należę do grona tych osób, które z sentymentem wracają do miejsc, wspomnień, zdarzeń, rzadziej do ludzi.
Wychowywałam się na Warszawskiej Sadybie. To właśnie tam wszystko się zaczęło, za nim mój tata otrzymał przydział z zakładu pracy na mieszkanie w podwarszawskim Pruszkowie. Urodziłam się z końcem lat "kartkowo-komunistycznych", a jako mały obywatel koniecznie i słusznie otrzymałam mały talonik na mleko, który ku pamięci leży w naszej szufladzie. W świecie, gdzie wszystko co było, to było nic. W czasach gdy nic zupełnie nie zależało od młodego człowieka. W kraju gdzie ustrój polityczny i wstająca z kolan gospodarka nie ułatwiała zupełnie życia świeżo upieczonym małżeństwom, moi wspaniali rodzice ofiarowali mi cudowne dzieciństwo.
Jakkolwiek kotłująca się i nieudolnie powstająca demokracja wojowała by wtedy z czerwoną gwiazdą, na przekór wszystkiemu, sadybowskie aleje kwitnących drzew tworzyły małej dziewczynce cudowny świat. Świat pełen ciepłych wspomnień. Granatowy wózek z budką na białych gumowych kółkach, różowa kurtka w ptaszki, którą dziadek przesłał z placówki, pierwsze ogrodniczki z kaczorem Donaldem założone do żłobka, żurawiowy kisiel domowej roboty od babci, magiczne Wigilie, z kolorową choinką przystrojoną ozdobami własnej roboty oraz małym brytyjskim żołnierzem, który zawsze siedział gdzieś na gałęzi.
Między osiedlową piaskownicą, oparzeniem gorącym piekarnikiem połączonym z entuzjastyczną rozmową z mamą, a spacerem po Łazienkach Królewskich - poznałam ją. K. urodziła się 2 mc przede mną i też dostała kartonik z przydziałem. Zupełnie już nie pamiętam kto z kim bardziej nie chciał się bawić, kto przed kim chował się pod stołem i kto komu zabierał zabawki. Jedno było pewne, ta tetrowa znajomość musiała mieć przerwę.
Życie płynęło dalej, a ja musiałam w tym czasie zrealizować masę istotnych spraw:
- założyć zielone rajstopy, aby zagrać w przedstawieniu żabkę,
- wsadzić sobie kulkę do nosa,
- zgubić worek z kapciami idąc na korektywę,
- przeskoczyć przez płot uciekając ze szkoły do pracy mojej mamy,
- kupić kilo batonów Bounty na zielonej szkole i je wszystkie zeżreć,
- uczestniczyć w wielu popijawach, które kurtuazyjnie nazywaliśmy celebrations,
- spróbować nie spać od czwartku do niedzieli,
- pójść na solarium o 25 razy za dużo,
- może się zakochać,
- zaplanować z mamą utlenienie moich włosów do granic możliwości,
- wystąpić w różowym plecaku,
- pozwolić na to, żeby Pruszków zupełnie mnie wciągnął,
oraz wywrócić swoje życie o 180 stopni, aby ostatecznie powrócić z sentymentem na Dolny Mokotów do babcinego mieszkania.
Dojrzalsza, bogatsza o nowe doświadczenia, zupełnie niezamierzenie odnowiłam znajomość z przed ponad ćwierć wieku. K. podczas ustalania godzin rzuciła coś o wegetarianizmie, a ja i mój idealizm gotowaliśmy i planowaliśmy wtedy cały dzień. Zeszła do mnie w kapciach z popcornem i winem w ręku. Mała kobietka, największa kwintesencja naturalności jaką widziałam. Piękna, kobieca, filigranowa, niebywale zgrabna, o zaraźliwym uśmiechu i wiecznie śmiejących się oczach ukrytych za okularami. Biła od niej dobra energia, potrzeba akceptacji, zachwyt drugim człowiekiem, chęć słuchania, siła zadawania pytań i najbardziej radosny śmiech jaki słyszałam. Jeśli można wyobrazić sobie zwyczajne spotkanie po latach, dwójki kobiet przed 30tką, to te właśnie takie było. Cała magia zaczęła się potem ...
Od tamtej pory, aż do dziś kradłyśmy światu każdą chwilę. Kradłyśmy każdą sekundę i wypełniałyśmy ją najwspanialszą energią jaka mogła się zrodzić między dwójką ludzi.
Ona mężatka, a ja po świeżo zerwanych zaręczynach. Ona celebrowała 7 lat związku, ja po 7 latach spakowałam towarzyszowi walizki. Ona nie potrafiła sobie poradzić w związku z Wagą, ja do tej pory nie wierzę, że cokolwiek potrafiłam stworzyć z Wagą. Jednak na całe szczęście to nie nasi partnerzy nas połączyli. Połączył nas zachwyt i pasja do siebie nawzajem. Nigdy z nikim tak głośno się nie śmiałam, nie przegadałam tylu godzin nocą, nie nauczyłam się drugiej osoby tak dokładnie by móc spełniać marzenia. Zaraziła mnie głodem na życie, zainspirowała sobą. Motywowałyśmy się wzajemnie do zmian wszelakich. Patrzę na K. i myślę: "Rany, Ty się śmiejesz całą sobą." Nigdy nie spodziewałam się, że jeden miły gest w kierunku bliskiej osoby daje tyle dobrej energii, ciepła i wdzięczności. A już na pewno kompletnie nie spodziewałam się, że na kolacji, która głównie składa się z opiekanych ziemniaków i garści buraków zobaczę w oczach K. niebywały zachwyt i wdzięczność, a ja sama poczuję się tak nieprzyzwoicie dobrze, tak po prostu korzystnie.
W tamtej chwili obok sentymentalnych wspomnień o Sadybie z lat 90tych, pojawił się sentyment, ale i przede wszystkim fascynacja drugim człowiekiem.
Wychowywałam się na Warszawskiej Sadybie. To właśnie tam wszystko się zaczęło, za nim mój tata otrzymał przydział z zakładu pracy na mieszkanie w podwarszawskim Pruszkowie. Urodziłam się z końcem lat "kartkowo-komunistycznych", a jako mały obywatel koniecznie i słusznie otrzymałam mały talonik na mleko, który ku pamięci leży w naszej szufladzie. W świecie, gdzie wszystko co było, to było nic. W czasach gdy nic zupełnie nie zależało od młodego człowieka. W kraju gdzie ustrój polityczny i wstająca z kolan gospodarka nie ułatwiała zupełnie życia świeżo upieczonym małżeństwom, moi wspaniali rodzice ofiarowali mi cudowne dzieciństwo.
Jakkolwiek kotłująca się i nieudolnie powstająca demokracja wojowała by wtedy z czerwoną gwiazdą, na przekór wszystkiemu, sadybowskie aleje kwitnących drzew tworzyły małej dziewczynce cudowny świat. Świat pełen ciepłych wspomnień. Granatowy wózek z budką na białych gumowych kółkach, różowa kurtka w ptaszki, którą dziadek przesłał z placówki, pierwsze ogrodniczki z kaczorem Donaldem założone do żłobka, żurawiowy kisiel domowej roboty od babci, magiczne Wigilie, z kolorową choinką przystrojoną ozdobami własnej roboty oraz małym brytyjskim żołnierzem, który zawsze siedział gdzieś na gałęzi.
Między osiedlową piaskownicą, oparzeniem gorącym piekarnikiem połączonym z entuzjastyczną rozmową z mamą, a spacerem po Łazienkach Królewskich - poznałam ją. K. urodziła się 2 mc przede mną i też dostała kartonik z przydziałem. Zupełnie już nie pamiętam kto z kim bardziej nie chciał się bawić, kto przed kim chował się pod stołem i kto komu zabierał zabawki. Jedno było pewne, ta tetrowa znajomość musiała mieć przerwę.
Życie płynęło dalej, a ja musiałam w tym czasie zrealizować masę istotnych spraw:
- założyć zielone rajstopy, aby zagrać w przedstawieniu żabkę,
- wsadzić sobie kulkę do nosa,
- zgubić worek z kapciami idąc na korektywę,
- przeskoczyć przez płot uciekając ze szkoły do pracy mojej mamy,
- kupić kilo batonów Bounty na zielonej szkole i je wszystkie zeżreć,
- uczestniczyć w wielu popijawach, które kurtuazyjnie nazywaliśmy celebrations,
- spróbować nie spać od czwartku do niedzieli,
- pójść na solarium o 25 razy za dużo,
- może się zakochać,
- zaplanować z mamą utlenienie moich włosów do granic możliwości,
- wystąpić w różowym plecaku,
- pozwolić na to, żeby Pruszków zupełnie mnie wciągnął,
oraz wywrócić swoje życie o 180 stopni, aby ostatecznie powrócić z sentymentem na Dolny Mokotów do babcinego mieszkania.
Dojrzalsza, bogatsza o nowe doświadczenia, zupełnie niezamierzenie odnowiłam znajomość z przed ponad ćwierć wieku. K. podczas ustalania godzin rzuciła coś o wegetarianizmie, a ja i mój idealizm gotowaliśmy i planowaliśmy wtedy cały dzień. Zeszła do mnie w kapciach z popcornem i winem w ręku. Mała kobietka, największa kwintesencja naturalności jaką widziałam. Piękna, kobieca, filigranowa, niebywale zgrabna, o zaraźliwym uśmiechu i wiecznie śmiejących się oczach ukrytych za okularami. Biła od niej dobra energia, potrzeba akceptacji, zachwyt drugim człowiekiem, chęć słuchania, siła zadawania pytań i najbardziej radosny śmiech jaki słyszałam. Jeśli można wyobrazić sobie zwyczajne spotkanie po latach, dwójki kobiet przed 30tką, to te właśnie takie było. Cała magia zaczęła się potem ...
Od tamtej pory, aż do dziś kradłyśmy światu każdą chwilę. Kradłyśmy każdą sekundę i wypełniałyśmy ją najwspanialszą energią jaka mogła się zrodzić między dwójką ludzi.
Ona mężatka, a ja po świeżo zerwanych zaręczynach. Ona celebrowała 7 lat związku, ja po 7 latach spakowałam towarzyszowi walizki. Ona nie potrafiła sobie poradzić w związku z Wagą, ja do tej pory nie wierzę, że cokolwiek potrafiłam stworzyć z Wagą. Jednak na całe szczęście to nie nasi partnerzy nas połączyli. Połączył nas zachwyt i pasja do siebie nawzajem. Nigdy z nikim tak głośno się nie śmiałam, nie przegadałam tylu godzin nocą, nie nauczyłam się drugiej osoby tak dokładnie by móc spełniać marzenia. Zaraziła mnie głodem na życie, zainspirowała sobą. Motywowałyśmy się wzajemnie do zmian wszelakich. Patrzę na K. i myślę: "Rany, Ty się śmiejesz całą sobą." Nigdy nie spodziewałam się, że jeden miły gest w kierunku bliskiej osoby daje tyle dobrej energii, ciepła i wdzięczności. A już na pewno kompletnie nie spodziewałam się, że na kolacji, która głównie składa się z opiekanych ziemniaków i garści buraków zobaczę w oczach K. niebywały zachwyt i wdzięczność, a ja sama poczuję się tak nieprzyzwoicie dobrze, tak po prostu korzystnie.
W tamtej chwili obok sentymentalnych wspomnień o Sadybie z lat 90tych, pojawił się sentyment, ale i przede wszystkim fascynacja drugim człowiekiem.